Minęło już sześć miesięcy, odkąd postanowiłam nie kupować nowych rzeczy. A raczej sześć miesięcy, odkąd moje wyzwanie „niekupowania nowych rzeczy” zamieniło się na „nie kupuję ubrań” w 2025 roku. Cóż, nie jest tak idealnie, jak zakładałam. Liczyłam, że na mojej antyzakupowej liście pod koniec roku będzie okrągłe zero nowości, ale już w samym czerwcu stałam się posiadaczką nowej eleganckiej suszarki do włosów (na swoje usprawiedliwienie powiem, że dotychczas używałam wyłącznie suszarki podróżnej, która swoimi wymiarami mogła suszyć najwyżej włosy lalki Barbie — przez co suszenie trwało WIECZNOŚĆ). Dodatkowo zasponsorowaliśmy sobie z mężem rolki, na które odkładaliśmy od kilku lat do specjalnej skarbonki. Wrzucaliśmy tam tylko pięciozłotówki i tak po kilku latach wrzucania tego jednego nominału okazało się, że możemy zrealizować nasz zakupowy cel.
Nie jest idealnie, ale jest stabilnie.
Okej, nie jest idealnie. Mimo wszystko mój radykalny zakaz kupowania okazał się bardzo ciekawy w skutkach. Po sześciu miesiącach doszłam do kilku wniosków, które naprawdę mnie zaskoczyły.
Przemyślane zakupy sprawiają radość
Na początku roku dałabym się ogolić na łyso za przekonanie, że pod koniec mojego wyzwania będę opowiadać wszystkim wokół, jak ludzie nie potrzebują nowych rzeczy w życiu. W końcu wszystko to, co mamy, już nam wystarcza. Wcześniej kupowałam rzeczy upragnione, ale potrafiły mnie mocno rozczarować. Takie zakupy szybko okazywały się zbędne, a ja kończyłam z drogim wydatkiem. Jeszcze gorzej było, gdy kupiłam coś kiepskiej jakości, a po kilku praniach mogłam z nowej bluzki zrobić ścierkę. Zakupy zawsze mnie frustrowały. Miałam poczucie, że wyrzucam pieniądze w błoto.
To wyzwanie jednak pokazało mi, że z nowych rzeczy można się naprawdę cieszyć. Kiedy mam odłożoną sumę na daną rzecz, to zakup jest o wiele bardziej przemyślany. Nie ma tu miejsca na impuls — jestem w 100% pewna, że czegoś chcę. Co więcej, to nie musi być rzecz, której potrzebuję. Przykładem może być choćby nowa suszarka. Na upartego mogłam się zawziąć i powiedzieć sobie, że już mam odpowiedni sprzęt, a zakup nowego to fanaberia. A prawda okazała się taka, że po zakupie nowej suszarki cieszyłam się jak dziecko. Używanie jej sprawia mi przyjemność, modelowanie włosów daje frajdę, a potem cały dzień zerkam w lustra, żeby się pozachwycać, że włosy są taaaakie miękkie.
Czasem potrzeba czegoś nowego nie musi wiązać się z koniecznością. Czasem zwykła fanaberia może być czymś dobrym. Mam tu jednak prostą zasadę: niczego nie biorę na raty. Jeśli mnie na coś nie stać (mam tu na myśli drobne rzeczy), to tego nie kupuję. I tutaj przechodzę do kolejnego wniosku.
Rok bez zakupów to dobry sposób na oszczędzanie
Branie kredytów i pożyczek jest bardzo proste. Banki prześcigają się w tym, jaką ofertę nam zaproponują. Mam zasadę, żeby nie kupować rzeczy, na które mnie nie stać. Oczywiście, czasami pożyczki są potrzebne i w niektórych przypadkach opłacalne. Przeraża mnie jednak to, że dziś można rozłożyć na raty dosłownie wszystko. Dzięki takim systemom jak chociażby Klarna można podzielić płatność za bluzkę za 100 zł na mniejsze części.
Nie będę nikogo ściemniać, że odkąd ograniczyłam kupowanie, mój budżet poszybował w górę. Na dobre zarządzanie budżetem domowym wpływa o wiele więcej czynników (o tym opowiem więcej w przyszłym miesiącu). Jednak kiedy konkretnie kieruję swoje finanse na określony cel, zamiast zostawiać je na spontaniczne wydatki, mój budżet od początku roku zaczął się bardzo ładnie spinać, a budowanie poduszki finansowej stało się dużo łatwiejsze.
Mamy już wszystko, czego potrzebujemy
Okej, tutaj trochę sama sobie zaprzeczę. Chociaż zakupy mogą sprawiać radość, to większość rzeczy została już gdzieś wyprodukowana. Nie kupuję nowych książek, a nowości wydawnicze znajduję bardzo szybko na regałach biblioteki. Wiele rozwiązań nie wymaga od nas kupowania nowości z półki. Najlepszym przykładem są telefony komórkowe. Mój telefon mam już czwarty rok i dopóki wszystko w nim działa, nie mam zamiaru wymieniać go na nowszy model. Unikam też kupowania nowych kubków, bo i tak mam swój jeden ulubiony. Zakupy na siłę to często wyrzucanie pieniędzy w błoto i zagracanie mieszkania. A po co?
Nie uciekniemy przed nowymi rzeczami
Odkąd nie kupuję, widzę, jak przedmioty materializują się wokół mnie. Więcej pisałam o tym w poprzednich postach, ale mam poczucie, że w każdym miesiącu jeden zakup rodzi kolejny.
Przeczytaj więcej postów z kategorii: rok bez zakupów.
Nowe okulary przeciwsłoneczne — a do tego darmowe etui. Na urodziny męża kupiłam mu perfumy, a pani w drogerii dorzuciła do zakupu darmową kosmetyczkę. Każda wizyta u rodziców to również walka z tym, żeby nie wrócić z nową parą skarpetek lub rajstop, bo te części garderoby wyjątkowo lubią się gromadzić „na zapas” w moim rodzinnym domu. Myślę, że jakieś 70% nowych rzeczy, które pojawiły się w tym roku w moim domu, to rzeczy z przypadku. Tylko 30% to produkty przemyślane, które naprawdę chciałam i potrzebowałam.
Trudno iść pod prąd
Decydując się iść pod prąd i nie kupować ciągle jakichś nowych rzeczy, momentami człowiek czuje się jak wyrzutek. Bywają chwile, gdy zachwycamy się rzeczami innych i myślimy: „O, ja też chcę”, „To będzie mi pasować”, „Też czegoś takiego potrzebuję”. Wszyscy kupują — zwłaszcza (choć może to być kontrowersyjne) osoby, które mają niewiele pieniędzy. Nowe ubrania, duperelki z Action czy comiesięczna wizyta u kosmetyczki czasem rekompensują brak możliwości kupna większych dóbr. Wciąż nosimy w sobie wewnętrzne zmartwienie o to, co ludzie powiedzą. Lubimy uczucie pochwały za nowy sweter (i nie ma w tym nic złego), każdy z nas chce czasem być w centrum uwagi — a zakupy dają nam to poczucie. Ja jednak głęboko wierzę, że rezygnacja z nadmiernego konsumpcjonizmu może przynieść więcej dobrego niż złego.
Wyzwanie Rok bez zakupów naprawdę mnie zaskoczyło. Dostałam cenniejszą lekcję, niż się spodziewałam. Jestem ciekawa, co przyniosą kolejne miesiące. A tymczasem zachęcam Was do śledzenia mojego bloga — już niedługo planuję nowy cykl postów o minimalizmie i finansach osobistych.




