Jeszcze kilka lat temu cały Internet był opanowany przez Clean Girl. Mogliśmy śledzić w social mediach jej poranną rutynę, idealnie zbalansowane posiłki, szafę kapsułową i minimalistyczną pielęgnację. Znak rozpoznawczy? Makijaż no makeup, kubek Stanley’a i najnowszy iPhone. Wszystko perfekcyjnie skomponowane, stonowane, estetyczne.

Ale ile tak naprawdę w Clean Girl było prawdziwego minimalizmu? Czy dziewczyna, która potrzebuje konkretnych marek, określonych produktów i idealnie dobranego wystroju wnętrz, rzeczywiście reprezentuje filozofię ograniczenia konsumpcji?

Rewolucja, która miała wszystko zmienić

Wizerunek tej idealnej dziewczyny pojawił się na przekór kreowanemu od lat wizerunkowi kobiet głośnych i kolorowych – takich, o jakich pisałam w ostatnim artykule: Dziewczyny chodzą na zakupy – pogadajmy o kulturze konsumpcji w filmach. To było coś nowego, świeżego, odmiennego. Nagle zamiast szaf wypełnionych ubraniami pojawiły się szafy kapsułowe, stonowane kolory i umiar.

Na pierwszy rzut oka trend, który miał pokazać, że warto się zatrzymać i przestać gonić za materialnymi rzeczami. Zamiast tego powierzchownie promował zdrową dietę, dbanie o relacje, o swoje emocje (chyba właśnie w trakcie mody na clean girl zaczęto tak chętnie mówić o chodzeniu na terapię). Wellness, mindfulness, slow living – wszystkie te piękne hasła miały nas uwolnić od konsumpcjonizmu.

A jednak to wszystko były pozory.

Lista zakupów prawdziwej Clean Girl

Czym w końcu jest Clean Girl bez swojego ulizanego koka, maty do jogi, wełnianego swetra w paski, najnowszego iPhone’a, MacBooka i kubka marki Stanley? Okazuje się, że żeby być minimalistką, potrzebujesz całkiem sporej listy zakupów.

Marketing doskonale wie, co jest modne. Ba! On nawet kreuje to, co nam się podoba. Skoro moda jest na wellness i dbanie o siebie – wypromujmy suplementy diety, maty do ćwiczeń, karnety na pilates i milion zabiegów beauty. Jeśli chcesz być Clean Girl, musisz mieć: biały, minimalistyczny wystrój wnętrz (co oznacza wyrzucenie lub schowanie wszystkiego, co kolorowe), beżową garderobę złożoną z podstawowych elementów (ale oczywiście z dobrych, drogich marek), szklane pojemniki na jedzenie, lniane pościele, ceramiczne naczynia, świeczki sojowe, naturalne kosmetyki w estetycznych opakowaniach.

Oglądając jakikolwiek film typowej Clean Girl na YouTubie, trudno jest nie zauważyć, że wszystko tam jest zaprojektowane od A do Z. W końcu nie możesz nazywać się minimalistką, skoro zamiast z idealnego kubka pijesz z tego samego kubka, w którym na śniadanie przed zajęciami z przyrody w 2001 mama nalewała ci kakao. Bycie tą dziewczyną wymagało zmian, a to można było osiągnąć tylko za pomocą… zakupów. Ironiczne, prawda?

Hipokryzja pod płaszczykiem świadomości

To był chyba największy problem Clean Girl aesthetic – pod płaszczykiem świadomości, minimalizmu i odpowiedzialności skrywała się spora hipokryzja. Dziewczyny mówiły o redukcji konsumpcji, pokazując jednocześnie swoje nowe zakupy z ekologicznych marek (ale zawsze nowe). Promowały prostotę, jednocześnie tworząc nowe potrzeby. Zachęcały do bycia sobą, ale tylko w ramach bardzo konkretnej, wystudiowanej estetyki.

Minimalizm przestał być filozofią życia, a stał się kolejnym trendem do kupienia. Żeby być Clean Girl, musiałaś wyglądać w określony sposób, mieć określone rzeczy, mieszkać w określonym wnętrzu.

Paradoks polegał na tym, że dziewczyny, które nie miały pieniędzy na te wszystkie atrybuty, czuły się wykluczone z ruchu, który teoretycznie miał być o ograniczaniu konsumpcji. Clean Girl stała się estetyką dla bogatych, dostępną tylko dla tych, którzy mogli sobie pozwolić na „właściwy” minimalizm.

Koniec ery i powrót autentyczności

Taka estetyka utrzymywała się naprawdę długo, ale od około roku dopiero mamy powrót do czegoś świeżego – autentyczności. Znudziły się białe ściany, beżowe ubrania i wszystko wyliczone od linijki. Influencerki powróciły do tego, co Clean Girl starało się wypierać. Ponownie wróciły do mody kolory, nieład, nadmiar – ale w bardziej świadomym wydaniu.

I to dobrze, bo robi to miejsce na wyciągnięcie starych ubrań z szafy. Dzisiaj łatwiej jest sięgać po rozwiązania z drugiej ręki, nie czując, że nie pasujesz do żadnej estetyki. Nie musisz już pasować do jednego, wystudiowanego wizerunku. W porównaniu do kreowanej mody 20 lat temu, dzisiejsza moda vintage wymaga poszukania czegoś z drugiej ręki, łączenia różnych stylów, tworzenia własnego unikalnego looku.

Moda na Clean Girl się kończy, a na jej miejsce wchodzi coś cenniejszego – autentyczność. Możesz mieć kolorową szafę, pić kawę z kubka z PRL’u, nie mieć MacBooka i nadal prowadzić świadomy styl życia. Możesz łączyć różne estetyki, style, epoki – i to nie czyni cię mniej wartościową czy mniej świadomą.

Prawdziwy minimalizm to sposób myślenia. Korzystanie z tego, co już mamy, zamiast kupowania nowych rzeczy, bo tak wypada. To tworzenie własnego stylu z tego, co autentycznie lubimy, a nie to, co dyktuje nam algorytm Instagrama.

A ty? Dałaś się kiedyś złapać w pułapkę Clean Girl? Kupiłaś rzeczy, bo „tak trzeba”, żeby być minimalistką?