Czy są z nami milenialsi? Jeśli tak, to pewnie doskonale pamiętacie filmy i seriale takie jak: „Wredne Dziewczyny”, „Clueless”, „Seks w Wielkim Mieście”, „Plotkara” i wiele innych. Co łączy te wszystkie produkcje? Zakupy!

Powiedzmy to sobie wprost – fajna dziewczyna wykreowana na początku lat dwutysięcznych to bohaterka, która miała pełną garderobę ubrań. Obowiązkowym elementem każdej takiej produkcji była wielka scena z metamorfozą, gdzie szara myszka przemienia się w królową balu, lub scena w przymierzalni, gdzie pokazywane są różne stylizacje. Te momenty miały być ukoronowaniem szczęścia bohaterek – jakby nowe ubrania mogły rozwiązać wszystkie ich problemy. Przykład? Proszę bardzo – metamorfoza Andy w filmie „Diabeł ubiera się u Prady”.


Kiedy sprzedaż używanych rzeczy była powodem do wstydu

Ostatnio rzuciła mi się w oczy scena w „Słodkich Kłamstewkach”, gdzie jedna z bohaterek postanowiła sprzedać swoje torebki. Dzisiaj wydaje się to czymś zupełnie normalnym, wręcz odpowiedzialnym ekologicznie i finansowo. Ale w 2010 roku takie posunięcie było kojarzone z desperacją i upadkiem.

Hanna ukrywa to przed swoimi przyjaciółkami. Matka dziewczyny łapie się za głowę i mówi, żeby nigdy więcej tego nie robiła, bo sama jest w stanie zadbać o dobrobyt swojego dziecka. Sprzedaż nieużywanych przedmiotów urosła w tej scenie do rangi ukrywania się po kątach. A dziewczyny, które kupiły torebki z drugiej ręki zamiast nowych, były lekko zawstydzone. Ja wiem, że powodem do wstydu były w tej scenie problemy finansowe rodziny, ale to pokazuje, jak bardzo filmy wmawiały nam, że sprzedawanie i kupowanie z drugiej ręki nie jest zbyt cool.

Dzisiaj mamy Vinted, second-handy, lumpeksy i całą kulturę conscious fashion. Kupowanie z drugiej ręki to nie wstyd, ale odpowiedzialność. Jednak te filmy uczyły nas czegoś zupełnie innego – że prawdziwa wartość kobiety mierzy się tym, czy ma nowe rzeczy, czy używane.

Dziewczyny chodzą na shopping

Przyznam, że zawsze gdzieś raziło mnie pokazywanie w filmach podziału, w którym fajne, ale głupiutkie dziewczyny chodzą na zakupy, a te, które są zbyt zajęte jazdą na deskorolce lub ratowaniem świata, nie przejmują się takimi „babskimi rzeczami”. Tak normalna czynność jak kupowanie przedmiotów potrzebnych nam do życia została w filmach dla młodzieży wykreowana jako coś, co nadaje sens życiu wszystkich kobiet.

Dzięki nowym stylizacjom i torebce od znanego projektanta nastolatki mogły zagwarantować sobie miejsce przy stoliku dla fajnych dzieciaków. Natomiast dla dorosłych kobiet celem zarabiania było tylko to, aby kupować kolejne przedmioty. Pamiętacie chyba kolekcję butów Carrie z „Seksu w Wielkim Mieście” lub Holly z filmu „P.S. Kocham Cię”? Te bohaterki miały szafy pękające w szwach, a ich szczęście mierzyło się liczbą par szpilek. Przypomnijmy sobie tylko scenę, w której Carrie nie miała pieniędzy na czynsz, ale nie powstrzymało jej to przed kupowaniem nowych butów.

Filmy dla nastolatek i komedie romantyczne zawsze sprzedawały nam bajkową wizję świata, w którym poziom beztroski wyznaczała liczba szpilek w garderobie. Bohaterki owszem osiągały wysokie stanowiska zawodowe, ale nigdy nie było pokazane, jak to zrobiły ani co naprawdę robiły w pracy. Przyznam, że do dzisiaj chciałabym poznać sekret Carrie i jej słynnego zarabiania milionów za napisanie jednego artykułu w miesiącu. Gdzie mogę się zapisać na taki zawód?

Kiedy ubrania dzielą przyjaciółki

Czy w filmach nakręconych z myślą o kobietach mogło być coś, co bardziej poróżni dwie przyjaciółki niż ubrania? W końcu ubranie tej samej sukienki na bal maturalny było zbrodnią absolutną – pamiętacie scenę z „Wrednych Dziewczyn”? Nawet w „Przyjaciołach” kłótnia Moniki i Rachel skończyła się dewastacją swetra i zalaniem torebki sosem.

Ubrania stawały się polem bitwy, narzędziem zemsty i miernikiem wartości przyjaźni. Hollywood wmówiło nam, że prawdziwa kobieca solidarność przejawia się w tym, że nie zakładamy tej samej sukienki co nasza przyjaciółka. A może po prostu chodziło o to, żebyśmy kupowały więcej?


Co się zmieniło – na szczęście

Zakupy, ubrania, bale maturalne, wielkie metamorfozy i garderoba pękająca w szwach – to wartości, które od zawsze pokazywało nam Hollywood. Chociaż sentyment do tych filmów mam ogromny i nadal lubię je oglądać, to z perspektywy czasu widzę, jak wiele rzeczy się w tym wszystkim zestarzało. I jak pewne wartości – na całe szczęście – się zmieniły.

Chociaż tematy związane z modą, makijażem i stylem nadal mają się bardzo dobrze, a influencerki prowadzące konta o tej tematyce cieszą się ogromną popularnością, to dzisiaj cechy te nie są już najważniejszym wyznacznikiem bycia kobietą. Możemy być kobietami i nie mieć 200 par butów, nosić te same ubrania i kupować z drugiej ręki bez wstydu. I co najważniejsze – możemy definiować swoją wartość czymś więcej niż zawartością szafy.

Dzisiejsze produkcje powoli zmieniają narrację. Widzimy bohaterki, które mają inne priorytety niż kolejna torebka od Prady. Widzimy kobiety, które są interesujące nie dzięki garderobie, ale dzięki swoim pasjom, osiągnięciom, charakterowi. To daje nadzieję, że kolejne pokolenie nie będzie musiało się uczyć, że zakupy to sens życia.

A jaki serial lub film z młodości najbardziej kojarzy wam się z zakupami? Która scena shopingowa najbardziej utkwiła wam w pamięci?