W grudniu postawiłam sobie ambitny cel – przez cały rok nie kupować ubrań, butów, książek ani kolorowych kosmetyków. Brzmiało to wtedy jak dobry pomysł na rozpoczęcie nowego roku. Miałam pełną szafę, pełno kosmetyków i myślałam, że spokojnie wytrzymam 12 miesięcy bez takich zakupów.
Jak zaczęło się moje wyzwanie i gdzie jestem teraz
Teraz, po pięciu miesiącach, zaczynam rozumieć, dlaczego tak niewiele osób kończy tego typu wyzwania. Nie jestem wielką fanką zakupów – nigdy nie należałam do grona osób, które traktują wizyty w galeriach jak rozrywkę. Ale okazuje się, że nawet gdy nie jesteś zakupoholiczką, rezygnacja z kupowania może być trudniejsza niż się wydaje.
Muszę przyznać, że nie jestem idealną uczestniczką tego wyzwania. Zdarzyło mi się kupić rzeczy materialne – głównie prezenty dla innych, ale też jakieś drobiazgi dla siebie (bransoletka, simsy). Ale w kwestii ubrań, butów i kosmetyków trzymam się zasad. Przynajmniej na razie.
Dlaczego przestałam przeglądać sklepy internetowe (i czy to dobrze?)
Jedna z rzeczy, która mnie pozytywnie zaskoczyła, to fakt, że znacznie mniej czasu spędzam na przeglądaniu sklepów online. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, ile godzin tygodniowo traciłam na analizowanie, czy dana bluzka będzie pasować do mojej szafy, czy te buty są warte swojej ceny.
Teraz, gdy wiem, że i tak niczego nie kupię, rzadziej otwieram strony sklepów. Mój telefon przestał być pełen zakładek z „rzeczami do przemyślenia” . To daje mi więcej czasu na inne rzeczy, ale też sprawia, że czasem czuję się odcięta od świata mody. Jakbym patrzyła na życie przez szybę – widzę, co się dzieje, ale nie mogę uczestniczyć w tej zabawie.
Czasem zastanawiam się, czy to zdrowe podejście. Z jednej strony zyskuję czas i pieniądze, z drugiej może zbyt mocno się ograniczam? Trudno mi to ocenić, bo nie mam z czym porównać – to moje pierwsze takie wyzwanie.
Kiedy jakość ubrań robi się problemem
Największym zaskoczeniem ostatnich miesięcy było to, jak szybko zużywają się moje ubrania. Nigdy wcześniej nie zwracałam na to uwagi, bo gdy coś się zniszczyło, po prostu kupowałam nowe. Teraz widzę, jak niska jest jakość większości rzeczy w mojej szafie.
Buty wyglądają jak po przejściu przez pole bitwy. Zaczęłam się źle czuć w tym, co noszę, bo wszystko jest zużyte. To wpływa na moje samopoczucie – gdy wyglądasz jak ktoś, kto nie dba o siebie, zaczynasz się tak też czuć.
Moje buty są już w takim stanie, że wstyd mi je ubierać. Może będę musiała zrobić odstępstwo od wyzwania, bo chodzenie w zniszczonych butach to chyba przesada. Ale jednocześnie czuję, że to byłaby porażka. Czy naprawdę nie da się przetrwać roku bez kupowania?
Letnie pokusy i wizja siebie w Lizbonie
Maj to dla mnie szczególnie trudny miesiąc. W sklepach pojawiły się letnie kolekcje, a ja widzę wszędzie piękne sukienki. Te kroje, te kolory, te wzory – wszystko wygląda tak świeżo i atrakcyjnie po zimowych ciemnościach. Staję przed wystawami i myślę, że dane ubranie sprawiłoby mi wiele radości.
Za kilka tygodni lecę do Lizbony i już teraz mam w głowie wizję siebie na tle kolorowych kamienic w nowej, pięknej sukience. Te zdjęcia na Instagramie, te chwile, gdy czujesz się piękna i pewna siebie. To prosta przyjemność, na którą przecież mogę sobie pozwolić, prawda?
Ale potem myślę o tym, co się stanie z tą sukienką po powrocie. Prawdopodobnie będzie wisiała w szafie przez większość roku, może założę ją jeszcze kilka razy, a potem trafi na dno szuflady. A za rok lub dwa skończy na wysypisku śmieci, bo jakość większości ubrań w przystępnych cenach jest taka, że nie wytrzymują długo.
Czy tęsknię za zakupami więcej niż myślałam?
Myślałam, że jako osoba, która nie lubi zakupów, łatwo przejdę przez to wyzwanie. Coraz bardziej przypominam sobie o czymś takim, jak radość z kupienia sobie czegoś nowego. Ta mała przyjemność, gdy otwierasz paczkę, gdy po raz pierwszy zakładasz nową rzecz, gdy czujesz się odświeżona dzięki zmianie w wyglądzie.
Zaczynam się nudzić swoją garderobą. Te same ubrania, te same kombinacje, ten sam wizerunek w lustrze każdego dnia. Czasem mam ochotę na zmianę, na coś nowego, na poczucie, że dbam o siebie i swój wygląd. Czy to normalne? Czy można być minimalistką i jednocześnie chcieć czasem czegoś nowego?
Jestem pewna, że dokończę swoje wyzwanie, ale z małym odstępswem.
Każdy dzień tego wyzwania to lekcja dla mnie. Uczę się rozróżniać potrzeby od zachcianek, ale też dostrzegam, że czasem te zachcianki mają swoje uzasadnienie.
A ty jak radzisz sobie z pokusami zakupowymi? Czy zdarza ci się nudzić swoją garderobą? Jak znajdujesz równowagę między oszczędzaniem a dbaniem o swój wygląd i samopoczucie?





Dzień dobry:-) Im dłużej jestem minimalistką (dokładnie półtora roku), tym mniejszy problem stwarza u mnie pokusa zakupów. W zasadzie bardzo rzadko mnie to już zajmuje i ekscytuje. Po pozbyciu się 60% ubrań (w przeciągu prawie tego półtora roku) okazało się, że bardzo lubię moją szafę, mam w czym chodzić, mam swój styl i dobrze czuję się w moich ubraniach. Bardzo zwracam uwagę na jakość i udało mi się zgromadzić w zdecydowanej większości dobre jakościowo rzeczy (wcale niekoniecznie w wysokich cenach, bo mam dużo ubrań z sieciówek). Służą mi więc dobrze i długo. Dodatkowo dbam o nie, piorąc delikatnie i z dużą segregacją kolorystyczną, nie susząc w suszarce bębnowej i w razie potrzeby używając golarki do ubrań (nawet do malutkich supełków na bawełnianych dresach, czy do koronkowej bielizny, która też potrafi łapać supełki). O buty także dbam bardzo, ale jeśli są zużyte bardzo by mi przeszkadzały. Jak powiedziała kiedyś Beata Tyszkiewicz..sukienka może mieć kilka sezonów (a nawet więcej w moim przypadku :-)) ale buty muszą być świeże. I tego się trzymam 🙂
Jeśli miałbym coś radzić..kup buty bez wyrzutów sumienia. Minimalizm ma nam służyć, a nie powodować frustracje.
Pozdrawiam serdecznie
Dorota
Bardzo dziękuję za taki komentarz! W mojej szafie również większość produktów ma naturalny skład, ale większość z nich mam już od ponad 3 lat i może dlatego mi się moja garderoba opatrzyła. Cytat cudownej Beaty Tyszkiewicz wyjątkowo mi się spodobał – wezmę go sobie do serca.
Hej Laura!
Super, że kontynuujesz swoje wyzwanie i dzielisz się z nami przemyśleniami 🙂
Osobiście bardzo podziwiam Cię za to, że trzymasz się swoich założeń i postanowienia.
Moim zdaniem minimalizm powinien być dla nas pomocnym narzędziem, dającym ograniczenia (a dzięki temu radość), ale nie narzędziem „tortur”. Mam na myśli, że jeśli bardzo źle się czujesz w ubraniach czy butach, ponieważ zwyczajnie się zużyły przez eksploatację, nie ma co się męczyć, tylko wymienić na nowe. Co innego „zachciewajki” na wyjazd (oczywiście znam, rozumiem i zwykle mam tak samo jak opisałaś :D). Wiadomo, każdemu może się czasem znudzić nawet „signature look”, zwłaszcza jeśli człowiek źle się czuje w ubraniach z powodu ich stanu, dlatego takie odświeżenie mogłoby dużo pomóc. A jeśli chodzi o jakość ubrań to niestety zaczyna ona wychodzić właśnie przy częstej i regularnej eksploatacji (przynajmniej u mnie tak zawsze było).
Trzymam kciuki za dalszą część wyzwania! Jestem bardzo ciekawa rozwoju sytuacji 🙂
Ściskam,
Kamila
Dziękuję za komentarz, jesteś tutaj już drugim głosem rozsądku. W kwestii ubrań się nie łamie, ale na innych polach nie jestem już taka stanowcza. Podoba mi się to określenie, w którym mówisz, że minimalizm powinien dawać radość, a nie być narzędziem tortur. Faktycznie czasem zbyt duży rygor może przynieść więcej złego niż dobrego.