Nigdy wcześniej, tak jak teraz, nie mieliśmy tak wielu rzeczy podanych prosto na tacy. A jednak mimo wszechobecnych ekspertów, rad i nauk ciągle błądzimy w mgle. Przynajmniej ja. Oto kilka kwestii, z którymi zderzyłam się w dorosłym życiu. Uwaga, może być kontrowersyjnie.

Terapia nie jest dla każdego

W dobie nieśmiertelnych clean girls i obsesji na punkcie wellness chyba każda osoba spotkała się z tematyką dotyczącą zdrowia psychicznego. I tak, to ogromnie ważne, aby dbać o swoją higienę psychiczną. Dostęp do terapeuty, psychologa czy psychiatry powinien być czymś tak prostym jak wyjście po bułki.

Kilka lat temu, po wysłuchaniu kilku youtuberek zachwalających terapię, stwierdziłam, że i ja spróbuję. Nie jestem osobą, która przeszła życiową traumę. Mam natomiast w sobie smutki, brak pewności siebie i potrafię wpaść w spiralę zmartwień. Wyszłam więc z założenia, że moja terapia okaże się prosta i przyjemna. Powiem drugiej stronie o swoich problemach, zostanę wysłuchana, dostanę narzędzia do pracy, a moje myśli ułożą się w logiczną całość.

Moje problemy były z pozoru proste. Wypalenie zawodowe, niepewność, rozgoryczenie tym, jak niektóre sytuacje układają się w życiu. A jednak przeszłam przez trzech terapeutów i stwierdziłam, że to chyba nie jest dla mnie. Pierwszy okazał się coachem, druga terapeutka mówiła do mnie jak do dziecka, a trzecia przyjmowała tylko w godzinach, w których musiałam być w pracy. I się poddałam.

Stwierdziłam, że rezygnuję z terapii. Chociaż z żalem myślę o osobach, które naprawdę walczą ze swoimi demonami, a zamiast pomocy wydają ogromne pieniądze na nietrafionych specjalistów. Kwestia pieniędzy to już w ogóle druga para kaloszy, bo 220 zł za 40 minut, przy spotkaniach raz w tygodniu, to zdecydowanie nie jest coś, na co może pozwolić sobie każda potrzebująca osoba.

Czasem w życiu trzeba mieć farta

Akurat jestem w trakcie czytania książki 7 mężów Evelyn Hugo, w której poznajemy historię zdolnej młodej aktorki, która dzięki rozpychaniu się łokciami została wielką gwiazdą filmową. Amerykańskie historie w ogóle lubią karmić nas opowieściami o osobach, które w latach 50. podawały kawę pracownikom studia filmowego, aby 6 lat później stać się wielkim scenarzystami.

Dzisiaj może być nawet łatwiej, bo wystarczy kamera w telefonie i każda może stać się gwiazdą własnego programu. W końcu mamy wysyp influencerek wszelakiej maści. Wydaje się to takie proste, a jednak w tym wszystkim trzeba mieć charyzmy i trochę szczęścia. Bo nie każda treść jest pożądana przez algorytm i widza.

Mój blog może być tego idealnym przykładem. Po kilku latach blogowania udało mi się na nim zarobić maksymalnie 160 zł. Kwota ta nawet nie pokrywa kosztów hostingu. Z drugiej strony blogowanie to już chyba wymarły sposób komunikacji. I chociaż zawodowo zajmuję się social mediami, to nie potrafię i chyba nie za bardzo chcę tworzyć tam treści dla siebie.

Slow life to strasznie ciężkie zadanie

Och, jak ja uwielbiam wizję życia na emeryturze. Oczywiście w zdrowiu i młodości. Co jakiś czas trafiam na profile osób, które celebrują każdy dzień. Powolne poranki, kawa o wschodzie słońca, joga, długi spacer z psem i… oczywiście, żadna z tych osób nie pracuje na etacie.

I ja wiem, wiem to całą sobą, że praca na etacie nie jest karą. Jednak żeby pozwolić sobie na długie pobudki i emeryturę w wieku 50 lat, trzeba mieć oszczędności. A tutaj albo trzeba się najpierw narobić i stworzyć coś, co przyniesie nam dochód pasywny, albo wrócić do punktu drugiego i mieć w życiu farta (czytaj: dziedziczną fortunę).

Hobby to przywilej

Lata dwutysięczne, w których przyszło mi dojrzewać, to czas, w którym wszystko, co wiązało się z rękodziełem, odchodziło do lamusa. Na drutach robiły babcie, na maszynie ubrania naprawiali biedni. Fajni ludzie kupowali nowe rzeczy w sklepach.

Pisałam o tym tutaj: Fajne dziewczyny chodzą na zakupy.

I nawet nie wiesz, jak się cieszę, że powoli to wraca (chociaż może to tylko moja bańka) i coraz więcej osób wraca do samodzielnego szycia, tworzenia, projektowania. Coraz więcej chcemy mieć rzeczy tworzone przez nas lub innych zdolnych, a niekoniecznie kupione z masówki.

Jednak nauka czegoś nowego w dorosłym życiu nie jest prosta. Zazdroszczę wszystkim tym, którzy od dziecka uczyli się malować, grać, szyć, dziergać lub śpiewać. Hobby to coś, co naprawdę potrafi dodać wartość do naszej codzienności.

Pinterestowy dom możemy sobie zapisywać w ulubionych

Tutaj trochę jak wyżej – uwielbiam przeglądać domy ludzi, którzy mają zmysł estetyczny. Na Instagramie i Pintereście widzę wiele zapierających dech wnętrz. Największą fanką jestem tych osób, które podejmują się renowacji starych mebli, a ich mieszkania mają prawdziwy charakter.

Gdybym ja przyniosła sobie do domu coś ze śmietnika lub powiesiła własnoręcznie namalowany obraz, cóż… miałabym w domu śmieć oraz bardzo brzydki obraz. I nie mówię tego, aby się użalać – ja doskonale wiem, że pewnych rzeczy nie potrafię. Dużo bezpieczniej dla mnie jest kupić zestaw mebli z sieciówki. Wprawdzie będzie tak samo jak w większości domów, ale za to nie będzie straszyć.

Jako dziecko wierzyłam, że w dorosłym życiu tak zwyczajnie dostaje się gotowy pakiet: mieszkanie, talent, styl. A jednak to kwestie, które często wynikają z tego, jak podchodziliśmy do pewnych kwestii jako nastolatkowie. Czasem wpływ na to ma pula genów, kiedy indziej upór i determinacja. Więc szczerze, dorosłość to czasem akceptacja naszych ograniczeń, ale też nauka odnalezienia spokoju i pokochania tego, co mamy.