Kiedyś to był patriotyzm, wychowanie, wartości i kultura. Dzisiaj tego nie ma. Prawie każdy komentarz w Internecie nawiązuje do nieśmiertelnego już „kiedyś to było”. A może warto spojrzeć na przeszłość trochę bardziej krytycznie?
„Kiedyś to było” w ekranizacjach filmowych
Czy z pozoru tak błahy temat jak ekranizacja dzieła literackiego może rozpalić ludzi do czerwoności? Okazuje się, że tak. Wybór czarnego Snape’a wywołał ogromne oburzenie. Nie inaczej jest na naszym podwórku, gdzie zarówno wokół filmowej, jak i netflixowej ekranizacji „Lalki” debatuje się godzinami. A pod każdą recenzją pojawia się on – ten jeden komentarz wychwalający jedyną słuszną ekranizację z 1977 roku.
Przyznam Wam się szczerze, że nigdy nie byłam fanką „Lalki”. Historia była dla mnie męcząca, a bohaterowie zupełnie antypatyczni. Jako nastolatka przyjęłam jednak jeden wniosek, który w moich licealnych latach hulał po Internecie i wszystkich nieprofesjonalnych streszczeniach: „Izabela jest suką”. Bezrefleksyjnie przyjęłam to stwierdzenie za prawdę objawioną.
Pamiętam nawet próby mojej polonistki, która próbowała wytłumaczyć nam możliwą niechęć Izabeli Łęckiej wobec Wokulskiego. Nic jednak nie było mnie wtedy w stanie przekonać. W końcu dziewczynki mają być kulturalne, miłe i grzeczne, a Łęcka tak brzydko obgadywała Wokulskiego – nieładnie.
Dopiero kilka lat później spojrzałam na Izabelę Łęcką zupełnie inaczej. Zrozumiałam, że można też spojrzeć na nią jak na młodą arystokratkę, która mierzy się z natarczywymi zalotami wyraźnie starszego mężczyzny. Nagle okazało się, że bohaterowie powieści Bolesława Prusa są znacznie bardziej złożeni, niż zapamiętałam z czasów szkoły.
Wokulski próbuje dostać się do elit i wykorzystuje do tego swoją pozycję finansową. Desperacko próbuje zdobyć młodą arystokratkę, w którą jest zapatrzony. Izabela z kolei jest przyzwyczajona do majątku i luksusu, zmanierowana i uwikłana w świat, w którym pochodzenie ma ogromne znaczenie.
I właśnie to jest dla mnie ciekawe w kolejnych ekranizacjach. Nie oczekuję, że będą jeden do jednego odtwarzać książkę. Podoba mi się wydobywanie innych wątków na światło dzienne i spojrzenie na pewne kwestie społeczne z perspektywy, której wcześniej nie dostrzegałam.
Podobny mechanizm widzę w nowym „Harrym Potterze”. Sam zwiastun pokazuje nam więcej emocji związanych z dzieciństwem Harry’ego i jego życiem u Dursleyów. To właśnie takie elementy są dla mnie interesujące. Kwestie castingowe są dla mnie zupełnie drugorzędne i szczerze nie potrafię zrozumieć energii i czasu, jaki niektórzy komentujący wkładają w to, ile waży wuj Vernon czy jak wygląda Jęcząca Marta.
I chociaż filmowa adaptacja „Harry’ego Pottera” również była daleka od książki (halo, gdzie jest Irytek?), to sentyment do tego, co było, otwiera wielu osobom furtkę do przekreślenia nowej realizacji, zanim w ogóle ją zobaczą.
„Wichrowe Wzgórza”, „Nigdy w życiu!”, „Harry Potter”, „Lalka”… Nieważne, jaki tytuł sobie wybierzecie, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że to, co było wcześniej, było lepsze.
O ile burzę w szklance wody wywołaną dotykaniem tego, co jest dla nas sentymentalne i ważne, można zamknąć wraz z wyłączeniem komputera, o tyle jest jedna kwestia, która naprawdę mnie denerwuje.
Kiedyś było lepsze wychowanie?
Rośnie przemoc wśród nastolatków. Psychologowie alarmują, to wszystko wina Internetu! Ostatnio coraz więcej takich nagłówków do mnie trafia i nie zamierzam twierdzić, że nowe technologie nie stawiają rodziców i pedagogów przed nowymi wyzwaniami. Brak koncentracji, cyberprzemoc czy uzależnienie od telefonu to realne problemy.
Jednak problemy wychowawcze nie są niczym nowym. Przemoc wśród młodzieży również nie pojawiła się wraz z Internetem. Komentarze internetowych ekspertów mówią jednak jasno: „to wina bezstresowego wychowania”, „rodzice nie interesują się dziećmi”, „kiedyś tak nie było, były urwisy, ale takie rzeczy jak tu się opisuje? O co to, to nie”.
A przecież dzieci dorastające w latach 00. również były wystawione na treści, z którymi nie zawsze powinny mieć kontakt. Internet nie był jeszcze tak powszechny jak dzisiaj, ale pornografia była obecna na wyciągnięcie ręki. Gazety dla dorosłych można było zobaczyć w witrynach kiosków, w teledyskach pojawiały się roznegliżowane kobiety w wulgarnych pozach, a na tyłach niektórych gazet znajdowały się sprośne anonse. Nie trzeba było więc mieć smartfona i dostępu do Internetu, żeby dziecko przypadkiem zetknęło się z treściami przeznaczonymi dla dorosłych.
Podobnie było z przemocą w telewizji. Wystarczyło włączyć Cartoon Network, gdzie w wielu popularnych kreskówkach przemoc była stałym elementem fabuły. Bójki, wybuchy, pościgi i wzajemne robienie sobie krzywdy były czymś zupełnie normalnym w świecie niektórych animacji. Dzieci oglądały to często bez większego zastanowienia, a rodzice niekoniecznie zdawali sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje może mieć długotrwały kontakt z tego typu treściami.
I nie chodzi mi o to, żeby teraz stwierdzić, że wychowanie w latach 00. było złe. Wręcz przeciwnie. Chodzi o pokazanie, że zagrożenia były obecne zawsze, tylko zmieniały swoją formę. Kiedyś dziecko mogło zobaczyć coś nieodpowiedniego w kiosku, telewizji czy przypadkowo znalezionej gazecie. Dzisiaj może dostać takie treści na telefonie, tablecie czy komputerze. I jedno, i drugie może wydarzyć się bez wiedzy albo pozwolenia rodzica.
Tak, mnie też jeży się włos na głowie, kiedy widzę niespełna roczne dziecko w McDonald’s zajadające nuggetsy albo kiedy w autobusie od razu podaje się dziecku tablet, żeby tylko nie wydało z siebie żadnych głośnych oznak życia – jak śmiech, płacz, głos czy zbyt głośny oddech.
Widzimy tylko fragment, nie całość
Nie zawsze jednak wiemy, co i jakie intencje stoją za danymi rodzicami. Czyjś chwilowy fragment życia, którego przyszło mi być obserwatorem, nie musi być przecież jego codziennością.
Nie ulega jednak wątpliwości, że krzywda, jakiej dzieci doświadczają ze strony dorosłych, jest obecna. Znieczulica, przemoc domowa, brak zainteresowania – to nie są nowe cechy, które narodziły się dopiero teraz. Wiele rodzin funkcjonowało w takim systemie, niezależnie od tego, czy ktoś urodził się w latach 50., czy 00.
Kiedy słyszę po raz kolejny, że „kiedyś to było” w kwestii wychowania dzieci, mam ochotę odbić piłeczkę i zgeneralizować poprzednie pokolenia stwierdzeniem: „No tak, kiedyś to było: kabel od prodiża, karanie brakiem kolacji i wszechobecny alkoholizm”.
Mam jednak wrażenie, że w całej tej narracji bardzo często zapominamy o ogromnym kroku, jaki wykonało współczesne rodzicielstwo.
Bo ostatecznie nie chodzi przecież o to, czy kiedyś dzieci miały mniej zagrożeń, a dzisiaj mają ich więcej. Zagrożenia są wszędzie. Zmieniają się tylko ich formy. Dziecko może dostać się do treści, których rodzic nie przewidział i na które nie wyraził zgody. Dlatego dużo ważniejsze od próby gloryfikowania przeszłości obecność rodzica w życiu dziecka. Czy z nim rozmawia, czy tłumaczy mu świat, czy pozwala zadawać pytania i czy daje mu poczucie, że zawsze może przyjść z czymś, czego nie rozumie.
O którym „kiedyś” mówimy dokładnie?
Nie chcę dzielić tego na to, że kiedyś było dobrze lub źle. Każdy dom jest inny, w każdym domu przed rodzicami stoją inne wyzwania. I kiedy mówimy, że kiedyś to było wychowanie i rodzicielstwo, to kiedy dokładnie jest to „kiedyś”?
To dwudziestolecie międzywojenne, kiedy małe dzieci całymi dniami spędzały czas na pasionce? Pokolenie dzieci, w których domach obecna była przemoc? A może te bliższe nam czasy, kiedy mężowie i ojcowie zostawiali rodziny, aby emigrować za pracą?
Łatwo gloryfikować przeszłość i ignorować to, co jest w niej dobre, ale też to, co dobre wydarzyło się później. Przykładem takiego podejścia może być chociażby zmiana w rodzicielstwie.
Ojciec z wózkiem na spacerze nie jest już nietypowym zjawiskiem. Nie mówi się o tym, że „mężczyzna pomaga w domu lub przy dziecku”, a stereotypowych ojców, którzy nie wiedzą, do jakiej klasy chodzi ich dziecko, powoli wypierają świadomi ojcowie.
Myślę, że patrząc na pokolenie moich dziadków, rodzic był przede wszystkim tym, który ma nakarmić i dać dach nad głową. Dopiero w pokoleniu naszych rodziców zaczęło się zmieniać to podejście. Od zabawy z dzieckiem nie była już tylko starsza siostra, ale również rodzic aktywnie uczestniczący we wspólnym rysowaniu, budowaniu fortecy czy czytaniu książek.
Kiedyś naprawdę było lepiej?
Ostatnio w moje ręce trafiło zdjęcie PRL-owskiego klubu piłkarskiego, na którym panowie stali niczym w studniówkowej pozie, w bardzo kusych spodenkach. I wiecie co? Gdyby dzisiaj męska drużyna sportowa wyszła w takim stroju, prawdopodobnie pojawiłaby się setka komentarzy, że „kiedyś to byli mężczyźni”. A jakoś wtedy taki strój był normą, która nikogo nie gorszyła.
Przeszłość w wielu aspektach była piękna i sama ze wzruszeniem patrzę na stare filmy, styl osób ich sposób wypowiedzi. Jednak to tylko mały fragment, który jest samą estetyką. Dlatego zamiast ciągle gloryfikować przeszłość, czasem warto docenić to, co jest tu i teraz.




