Jeszcze kilka lat temu, kiedy zaczynałam prowadzić tego bloga, byłam przekonana, że będę również aktywnie publikować treści w social mediach. I tak było. Stawałam na głowie, aby generować regularnie rolki i posty. Zależało mi na budowaniu społeczności osób, które również interesują się minimalizmem i cóż… przez pewien czas szło to w dobrym kierunku.

Ciągła obecność na Instagramie męczy

Jednak bycie ciągle obecnym w social mediach, pokazywanie swojego domu i codzienności, sprawiało, że czułam się z tym wszystkim niekomfortowo. Przez każdym wciśnięciem przycisku „opublikuj”, stresowałam się tym, do kogo może trafić mój film. Od początku byłam za małym graczem, a więc nieprzyjemne komentarze były znikome. Do dzisiaj jednak pamiętam burzę, jaka się rozpętała pod moim postem na temat tego, ile śmieci produkowanych jest w trakcie Święta Zmarłych. Będę z Wami szczera, ja naprawdę nie mam na to nerwów. Wyskakujące co chwilę komentarze, ludzie skaczący sobie do gardeł prawie tak, jakby chodziło o czyjąś godność, a nie jednorazowy znicz. To wszystko sprawiło, że czułam się postawiona w centrum huraganu, który wywołałam całkiem niewinne.

Social media to okno, w których możemy śmiało podglądać innych. Już na prywatnych kontach łatwo dostać nieprzychylny komentarz od koleżaneczki, która skrytykuje to, co dajemy dzieciom na obiad albo jak wyglądamy. Jeszcze intensywniej trafia, kiedy takie komentarze dostajemy od obcych. Mam poczucie, że wielu obserwatorów, pozwala sobie na za dużo.

Krytyka wylewa się z każdej strony


Ostatnio na YouTubie zaczęły pokazywać mi się filmiki młodej mamy, która pokazuje jakie kreatywne zabawy wymyśla dla swojego niemowlaka. Ot, zwyczajne zabawy ćwiczące motorykę. A co pod filmem? Komentarze o tym, że zabawy są niebezpieczne, wyzwiska w stronę autorki, że zarabia na dziecku (chociaż nie pokazuje nigdy jego twarzy), a nawet stwierdzenia, że podchodzi do swojego dziecka jak do psa. Może się nie znam, ale ja tam z dziećmi nie szarpię szarpaka, a z psem nie ćwiczę motoryki małej. Jak widać jednak dla większości komentujących wszystko, co nie jest daniem dziecku ekranu przed nos od pierwszego dnia życia, to jedno wielkie zagrożenie, nieodpowiedzialność i niebezpieczeństwo.

Wiem, że wiele twórców wpisuje taki hejt w swoje ryzyko zawodowe i przymyka gdzieś na to oko. Dla mnie jednak, jak w przypadku historii ze zniczami, jest to sytuacja ponad moje nerwy. A niestety, im częściej pokazujemy urywki z naszego życia, tym więcej użytkowników, którzy uważają, że mają prawo w każdej sytuacji powiedzieć swoje zdanie. Czasem wynika to z troski, kiedy indziej czystej złośliwości. Chociaż w przypadku internetu częściej jestem świadkiem tej drugiej motywacji.

Będąc przy twórcach internetowych, zachęcam również do przeczytania ostatniego mojego artykułu na temat: Czy blogowanie w 2026 roku ma sens?

Relacje parasocjalne są niepokojące

Wystawianie się na ciągłą ocenę to tylko jeden z powodów, który gdzieś zniechęca mnie do publikowania w social mediach. Nie będę jednak ich tak bardzo demonizować. Internet jest też pełen życzliwych ludzi. Takich, którzy chętnie oglądają treści, polubią i skomentują. Sama staram się w ten sposób docenić lubianych przeze mnie twórców. Łapię się jednak na tym, że czasem popadam w parasjocalne relacje.

Po drugiej stronie jest podobnie. Miałam naprawdę mało odbiorców, a jednak zdarzały się osoby, które pisały do mnie zbyt intymne i zbyt prywatne rzeczy. Chętnie porozmawiam o minimalizmie, wymienię się doświadczeniami z odgracaniem, polecę sobie z kimś dobre filmy. Budowanie relacji w Internecie jest możliwe i potrafi przynieść wiele ciekawych znajomości. Problem pojawia się wtedy, kiedy wydaje nam się, że osoba po drugiej stronie jest „naszym ziomeczkiem”. Potem zarzucamy ją problemami rodzinnymi, zdrowotnymi i innymi kwestiami, do których rozwiązania twórca lub twórczyni może nie mieć kompetencji lub najzwyczajniej chęci do takiej rozmowy. I chociaż zabrzmię tutaj pewnie ostro, to niestety – ludzie po drugiej stronie telefonu nie są naszymi przyjaciółmi.

Instagram kontra nasi bliscy

Od kiedy nie korzystam z Instagrama, zwróciłam uwagę, jak często ludzie sięgają po telefon. Będąc w restauracji, zawsze widzę kogoś, kto ignoruje swoich znajomych, bo w tym czasie skroluje z prędkością światła tik toka. I gdzie się nie obejrzę, widzę ten sam schemat, zawsze ktoś wpatrzony w telefon, ślepy zupełnie na ich osoby towarzyszące.

Ciągłe porównywanie się

Obecność w social mediach nie tylko jako twórca, ale również użytkownik, to ciągłe porównywanie się. Regularnie zaglądałam na inne profile i myślałam, że ktoś robi robi lepiej. Popadałam przez to w zły humor i przestałam wierzyć, że to, co robię jest dobre.

Teraz w social mediach spędzam może 15 minut w całym miesiącu. Zaglądam tam głównie z przeglądarki i nie konsumuje już tak treści jak wcześniej. Wystarczy natomiast jedna rolka, którego celem jest wywołanie kontrowersji i nim się obejrzę, babram się już w sekcji komentarzy pełnych wyzwisk. A ja lubię mieć spokojną głowę i nie denerwować się rzeczami, na które nie mam wpływu.

Oczywiście, że social media można prowadzić bez pokazywania swojej prywaty. Może kiedyś uda mi się do czegoś takiego dojść. Na razie jednak wiem, że nawet jeśli nie będę pokazywać swojego życia, to z całą pewnością wraz z pojawieniem się aplikacji Instagram na moim telefonie, natychmiast pojawi się gorsze samopoczucie. Dlatego właśnie sobie odpuściłam z social mediami.

A jakie jest Wasze podejście do tego tematu?

Jeśli interesuje Was ten temat, polecam również mój wcześniejszy wpis z 2023 roku:
3 miesiące bez aplikacji Instagram