Jak straciłam swoją najlepszą wersję
Pamiętam swoje pierwsze miesiące w Gdańsku jak przez różowe okulary. Przeprowadzka na studia była dla mnie momentem wielkiej rewolucji – postanowiłam żyć zero waste i przejść na dietę wegańską. Brzmi jak szaleństwo? Może trochę, ale to był najlepszy czas w moim życiu pod względem dyscypliny i dbania o siebie. Gotowałam sobie smaczne obiady z produktów kupionych w lokalnym warzywniaku. Dzięki temu nie produkowałam śmieci, nie wyrzucałam jedzenia i odżywiałam się zdrowo jak nigdy wcześniej. Wegańskie restauracje może być kosztowną przyjemnością, więc gotowanie w domu było naturalnym wyborem. Dodatkowo ograniczyłam słodycze praktycznie do minimum – czasem tylko kawałek gorzkiej czekolady. Czułam się silna, konsekwentna i bardzo dumna z siebie.
Niestety, ta sielanka skończyła się brutalnie w momencie, kiedy poszłam do pierwszej pracy. Odpuściłam sobie zero waste z dwóch powodów. Po pierwsze, to zerojedynkowe podejście bardzo mnie męczyło. Po drugie do Gdańska przyjechał mój chłopak (dzisiaj już mąż), który nie pałał entuzjazmem do mojego stylu życia. O ile samej łatwiej mi było zachować rygor, o tyle przy drugiej osobie, która ma zupełnie inne przyzwyczajenia, było to zbyt ciężkie. Zaczęłam odpuszczać po trochu, a po kilku latach zorientowałam się, jak bardzo powróciłam do przyjemnej strefy komfortu, jaką jest zwyczajne niedbanie o nic.
Rzeczywistość, która nie jest kolorowa
Dzisiaj moja rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej i szczerze mówiąc, coraz bardziej mnie ona frustruje. Wyrzucamy bardzo dużo jedzenia, bo łatwiej nam zamówić coś na wynos niż zrobić posiłek z tego, co mamy w lodówce. Denerwuje mnie, kiedy nie mam przygotowanego jedzenia do pracy i po drodze muszę kupować gotowe pierogi z Żabki.
Według badań Federacji Polskich Banków Żywności, przeciętna polska rodzina marnuje rocznie około 247 kg żywności, co przekłada się na straty finansowe rzędu 2500 złotych. Mój budżet cierpi, moje zdrowie też – fast foody i gotowe posiłki to przecież nic dobrego dla organizmu. Ale powiedzenie „tak” dla śmieciowego jedzenia i wieczornego błogiego lenistwa jest niczym innym jak powiedzeniem „nie” dla swojego zdrowia i oszczędności.
Strefa komfortu, która stała się więzieniem
Nie będę romantyzować życia – najzwyczajniej w świecie po ośmiu godzinach pracy nie mam ochoty kolejnych trzech spędzić na zakupach i przygotowywaniu posiłków. Problem polega na tym, że ta przyjemna strefa komfortu stała się dla mnie frustrująca i niewygodna. Brak dyscypliny zauważam w każdym aspekcie swojego życia. Od dwóch lat chcę się nauczyć szyć, a maszynę tknęłam raptem kilka razy. To samo z nauką języka.
Jak mówi James Clear w swojej książce Atomowe nawyki:
Nie wznosisz się do poziomu swoich celów. Spadasz do poziomu swoich systemów.
I ja doskonale widzę, że moje systemy są po prostu do kitu.
Plan na odzyskanie kontroli
Postanowiłam, że muszę coś z tym zrobić, bo ta frustracja mnie zjada. Nie zamierzam wrócić do ekstremalnego zero waste z czasów studenckich. Miało to zarówno wiele zalet, ale również sporo minusów. Chcę wprowadzić małe, ale konsekwentne zmiany. Po pierwsze, wieczorne 15-minutowe porządki każdego dnia. Przed pójściem spać chcę posprzątać kuchnię i przygotować rzeczy na następny dzień. Po drugie, zamienienie gotowców na domowe posiłki. Po trzecie, chcę wrócić do zakupów w warzywnikach i na targach – nie muszę być zero waste. Mogę jednak kupować więcej rzeczy nieopakowanych i wspierać lokalne sklepiki.
Zamiast próbować zmienić wszystko na raz, skupię się na jednej rzeczy. Naprawdę wierzę, że małe kroki mogą przynieść duże zmiany. Chcę też wrócić do lokalnych zakupów i kupować więcej rzeczy nieopakowanych.
Dyscyplina to również dbanie o siebie
Zdaję sobie sprawę, że dbanie o siebie to nie tylko maseczki na twarz i kąpiele z solą. To przede wszystkim wzięcie się w garść i wprowadzenie porządku w swoim życiu. To przyznanie się do tego, że moja obecna wersja nie jest najlepsza, jaką mogę być. To bolesne, ale prawdziwe. Nie chodzi o perfekcję – chodzi o to, żeby przestać sabotować samą siebie przez własną wygodę.
Czasem myślę, że społeczeństwo wmawia nam, że mamy prawo do ciągłego odpoczywania po pracy. Do zamawiania jedzenia lub do kupowania wszystkiego co chcemy. Ale prawda jest taka, że taka ciągle powtarzalna „przyjemność” często kończy się poczuciem, że nie mamy kontroli nad swoim życiem. Jak napisała Gretchen Rubin:
To, co myślimy lub czujemy, ma mniejsze znaczenie niż to, co robimy.
I ja chcę zacząć robić rzeczy, które są zgodne z moimi wartościami, nawet jeśli będzie to wymagało wysiłku.
Czy też masz wrażenie, że zasiedzenie się w strefie komfortu stało się dla ciebie więzieniem?




