Czy może być coś przyjemniejszego niż gorący obiad, który czeka na Ciebie po pracy? Niezależnie od tego, czy jesteś kobietą, czy mężczyzną, jestem pewna, że wizja ciepłych ziemniaczków z kotletem i mizerią wywołuje większe poczucie ekscytacji niż odgrzewana mrożona pizza zjedzona w anturażu nieumytych naczyń i pustych butelek.
Kiedy ognisko domowe ledwo się tli
Dom to w końcu miejsce, które powinno być naszą bezpieczną ostoją. Trudno mówić o poczuciu komfortu w mieszkaniu, w którym widok sterty prasowania i przelewającego się kosza na pranie, wywołuje wewnętrzną agresję. Myślę, że coraz więcej osób zauważa ten problem. Widzi, jak niewykonane sprawunki wywołują frustrację, przetworzone posiłki niszczą zdrowie, a więzi rodzinne się rozpadają. W końcu, skąd tu wziąć czas na rozmowę z nastolatkiem, czy zabawę z małym dzieckiem, kiedy w domu trzeba zrobić obiad i ogarnąć zielnik na zajęcia z przyrody.
Może zabrzmi to górnolotnie, ale wierzę, że uporządkowany dom, to spokojna głowa. To z kolei pomaga skupić się na tym, co najważniejsze – a więc budowaniu zdrowych relacji. W chaosie codziennych obowiązków i wszystkiego na szybko łatwo naszym bliskim wziąć talerz z jedzeniem i powiedzieć „zjem w pokoju”. Smutne prawda?
Idealna żona 2.0 – amerykańska pani domu
Brzmi to wszystko tak pięknie. Czysty dom, uśmiechnięta rodzina, idealne relacje – obrazek bez skazy. Jednak amerykańska pocztówka pani domu z lat 50, XX wieku pokazała nam, że tak pięknie nie jest. Opieka nad domem, nie jest bowiem spacerkiem po plaży. Kiedy USA zorientowało się, że kobiety w trakcie drugiej wojny światowej są zaradne i bez mężczyzny u boku, ruszyła ogromna kampania marketingowa.
Kobiety miały wrócić do domu, skupić się na rozpieszczaniu męża i rodzeniu dzieci. Ten obrazek szczęśliwej rodziny, idealnie ubranej pani domu i placka z jabłkami wyrył się w umyśle wszystkich. Od tej pory kobieta stała się multiogarniaczką. Nie tylko załatwiała wszystkie domowe sprawunki, ale i wyglądała zawsze zabójczo. Obsesja tej perfekcji niosła za sobą wiele. Nie wypadało w końcu narzekać. Ich ciężka praca często była bagatelizowana, a one dzień w dzień przechodziły swój dzień świstaka. Wyszykowanie męża i dzieci do szkoły, zrobienie dla wszystkich śniadania, ogarnięcie siebie, domu, zaplanowanie posiłków na najbliższy czas, pojechanie po zakupy, wrócenie z zakupami, zrobienie obiadu, odebranie dzieci ze szkoły, opłacenie rachunków, odrobienie z dziećmi zadań, przygotowanie kolacji. A przy tym wszystkim, nie wyglądać na zmęczoną.
Pal licho jeszcze, kiedy trafił się wspierający mąż. Taki, który doceni, podziękuję za włożoną pracę. Jednak, jak to w wielu relacjach bywa, tego szacunku często jest za mało. Wtedy na pierwszym miejscu wyłaniają się pretensje, wieczne narzekanie i przemoc ekonomiczna. W takim układzie, bardzo łatwo poczuć się jak w pułapce.
Fasada perfekcyjnego życia musiała jednak trwać. Tabletki poprawiające nastrój, czy pigułki z tasiemcem dla szczupłej sylwetki – naiwne byłoby myślenie, że takich rozwiązań nie było w domowych apteczkach.
Żona idealna i realia PRLu
Myślę, że gdyby zapytać większość mężczyzn, czym dla nich jest pani domu, to ponad połowa przedstawiłaby obraz takiej amerykańskiej żony – z jednym wyjątkiem. Zadbana i wystrojona, ogarniająca dom i nigdy nie narzekająca, ale – pracująca na etacie. W końcu utrzymanie rodziny z jednej pensji to już za duża presja.
Prawdopodobnie na palcach jednej ręki moglibyśmy znaleźć osoby, które nie miałyby wspomnienia, jak przy większości rodzinnych wydarzeń kobiety podawały obiad na stół, zbierały brudne talerze, a następnie myły naczynia, a w tym czasie mężczyźni zagryzali zimnymi nóżkami w galarecie setkę.
Układ, który może rodzić przemoc ekonomiczną
PRL-owska pani domu zjadała na śniadanie amerykańskie idealne żony. Etatowa praca, dzieci, mąż, zakupy, ogarnianie, porządki, cerowanie skarpet, a na dodatek, aby nie było tak łatwo, godzinne kolejki i limity na kartkach.
Znam przykłady rodzin, w których mężczyźni oddawali swoje pensje żonom. To one miały dbać o jedzenie, rachunki, wyprawkę do szkoły dla dzieci. Dzisiaj myślę, że większość mężczyzn, po usłyszeniu takiej propozycji, zeszłoby w jednej chwili na zawał. „Bo wydasz na głupoty”, a potem zaczęłoby się rozliczanie za wszystko i czemu tak drogo, a po co, a na co? Seria niekończących się pytań. W ten sposób zaczyna się właśnie przemoc ekonomiczna. Z jednej strony musisz zadbać o dom i rodzinę, ale z drugiej musisz się prosić o każdą złotówkę, rozliczać z wydatków i tłumaczyć.
Taki układ ma też swój minus po drugiej stronie. Presja utrzymania rodziny jest równie wysoka. Wypadek, choroba, utrata pracy może sprawić, że w jednej chwili cały układ posypie się jak domek z kart. A o tym doskonale wiedzą współczesne tradwife.
Chcesz tradycyjnej żony? Zostań tradycyjnym mężem
Tak naprawdę styl, w którym kobieta zostaje w domu, aby opiekować się rodziną i domem, to układ, który musi opierać się na ogromnym szacunku i inteligencji emocjonalnej. Z jednej strony musimy mieć mężczyznę, który zarabia tyle, aby zapewnić odpowiedni byt rodzinie, a z drugiej żonę, która przejmie na siebie wszystkie obowiązki. Każda z tych stron musi tego chcieć, musi być wdzięczna, musi sobie bezgranicznie ufać. Taki tradycyjny podział obowiązków ma sens tylko wtedy, kiedy obie strony się na to zgadzają.
Układ partnerski miał być złotym środkiem
Nie wszyscy mężczyźni jednak chcą takiej presji, a nie wszystkie kobiety chcą zajmować się tylko domem. I właśnie z tego powodu zrodził się najpopularniejszy model, w którym to obie strony pracują i zajmują się domem.
Oczywiście nadal w wielu domach funkcjonuje okropny model PRL-owskiej żony, której mąż po pracy rzuci się na kanapę, otworzy browara i odpali meczyk. A na prośbę o pomoc w domu, odburknie, że „on ciężej pracuje”, „dziećmi powinna zajmować się kobieta”, „domem to w sumie też”. Taki mąż będzie podkopywać na każdym kroku wartość swojej żony i umniejszać jej pracy. Na szczęście coraz częściej ten model się zmienia. Widać to zwłaszcza po podejściu do rodzicielstwa.
Jeszcze w latach 80. 40% mężczyzn deklarowało, że nigdy nie zmieniało pieluchy, dzisiaj procent ten wynosi zaledwie 3%.
W Internecie od kilku lat widać rosnący trend na tradwife, które różnią się od pozostałych żon tym, że swoją pracę monetyzują w Internecie. Ich obraz często jest przerysowany i opierający się na kontrowersji, a na ich działania warto spojrzeć z przymrużeniem oka. Współczesne panie domu, różnią się jednak zupełnie od amerykańskich, PRL-owskich, czy tiktokowych tradwife.
Czy taki układ trzeba krytykować? Nie. Bo jak w każdej kwestii w relacji, wszystko powinno opierać się na świadomości, obopólnej zgodzie i wzajemnym szacunku. Przy takich cechach niezależnie od tego, czy decydujesz się na zostanie w domu, czy pracę zawodową, zawsze będzie dobrze. Wsparcie i docenienie drugiej strony znaczy naprawdę wiele.
A czy ja mogłabym być tradycyjną panią domu? Myślę, że nie, bo opieka nad domem jest dużo trudniejsza niż przyjemny etat i ciepła kawusia przy biurku. Doceniam również możliwość zarabiania własnych pieniędzy. Skłamałbym jednak, gdybym powiedziała, że ani trochę tego nie rozumiem, bo taki układ ma dla mnie bardzo dużo sensu. A wszystkim tym, którym wydaje się, że pralka sama pierze, a odkurzacz sam odkurza, polecam chociaż przez tydzień spróbować połączyć pracę etatową wraz z robieniem obiadków, sprzątaniem i ogarnianiem dzieciaków. Wnioski szybko nasuną się same.




