Jako nastolatka nie przepadałam za robieniem makijażu. Wynikało to najpewniej z kilku kwestii. Po pierwsze, nie potrafiłam tego robić poprawnie. Po drugie, zajmowało to bardzo dużo czasu.
Do dzisiaj jednak pamiętam, jak z podziwem patrzyłam na te koleżanki, które do szkoły przychodziły w idealnym make-upie i dobranym outficie. Zawsze wtedy obiecywałam sobie, że jutro będę „zrobiona”. Jednak wraz z nastaniem poranka perspektywa wstania wcześniej, żeby zrobić makijaż, wydawała się prawdziwą torturą.
A kreski do oczu? Do dzisiaj na myśl o tym mam zimne poty.
Efekty były takie, że albo przychodziłam do szkoły bez makijażu, albo nakładałam na siebie kultowy podkład w kolorze pomarańczu marki Under20 i tusz do rzęs. W czym nigdy nie czułam się jakoś komfortowo.
Jak zmieniło się moje podejście do makijażu?
Okres studiów to moment w całym moim życiu, kiedy moja skóra była w najgorszej kondycji. Skończyło się to przyjmowaniem Izoteku, który wprowadził na mojej twarzy prawdziwe spustoszenie. Był to równocześnie czas, kiedy byłam najbardziej zaangażowana w ekologiczny styl życia. Dlatego w mojej kosmetyczce pojawiało się wiele różnych eko kosmetyków, z którymi chętnie eksperymentowałam. Co niestety jeszcze bardziej pogarszało moje problemy skórne.
A jednak właśnie wtedy z tej całej tragedii wyszło coś dobrego. Po pierwsze, po tych próbach i zmaganiach nauczyłam się dobierać kosmetyki do mojej skóry. Wtedy stosowałam podkład mineralny, który jako jedyny potrafił przykryć trądzik. Po drugie, zminimalizowałam swoją kosmetyczkę do minimum. I tak zostało do dzisiaj.
Moje problemy skórne były dość cykliczne. Momentami wysyp był większy, kiedy indziej mniejszy. Łącznie jednak trwało to lata. Nawet w dniu ślubu mojej skórze było daleko do ideału.
O moim podejściu do trądziku pisałam więcej w poście Czym jest dla mnie body positive?, do którego lektury szczerze zachęcam, a ja wracam już do tematu makijażu.
Make-up nie musi być codziennością
Pamiętam wykłady, na których koleżanka pochwaliła mój wygląd. Zapytała też, czemu nie maluję się na co dzień. A do mnie od razu wróciły wspomnienia ze szkoły średniej. W okresie największych problemów z trądzikiem nauczenie się robienia makijażu było trochę koniecznością. Praktyki, zaliczenia, pierwsze rozmowy o pracę – wtedy chciałam czuć się profesjonalnie, kiedy indziej po prostu poczuć się ze sobą piękniej. Jednak niezależnie od tego, czy miałam naście, czy mam teraz ponad 30 lat, wstawanie rano i „przymusowe” robienie makijażu nie wchodzi w grę. Ja naprawdę muszę mieć na to ochotę.
I co więcej, od kiedy moja cera się poprawiła, bardzo polubiłam to robić. I nadal nie jest to dla mnie obowiązek, jakiś nakaz społeczny. Uważam, że robienie makijażu jest wyłącznie czymś, z czym ja mam się dobrze czuć. Jeśli nie mam na to ochoty, kończę na samej pielęgnacji i wychodzę tak do świata. Największy plus takiego podejścia? Nigdy nie usłyszałam, że bez makijażu wyglądam na chorą (swoją drogą, jestem przekonana, że za ten głupi tekst jest jakiś osobny krąg piekła).
3 lata temu dodałam post o moich porządkach w kosmetyczce, od tego czasu niewiele się zmieniło: moja minimalistyczna kosmetyczka.
Makijaż to nie obowiązek
Spotkałam się w swoim życiu z wieloma kobietami, które mówiły, że nie otworzą kurierowi drzwi bez makijażu, nie wyjdą bez niego po bułki do osiedlowego sklepu lub – o zgrozo – wstają przed swoim partnerem, aby zrobić make-up. I o ile uważam, że robienie makijażu jest absolutnie indywidualną kwestią, którą się lubi lub nie, to taki wewnętrzny przymus przynosi więcej życiowych komplikacji. Bo chyba właśnie tym powinien być makijaż – ot, zwykłą czynnością dającą przyjemność, a nie obowiązkiem.
A jakie jest Wasze podejście do makijażu? Czy dla Was to obowiązkowy punkt dnia?




