Za rok skończę 30 lat. Pamiętam jeszcze, jak z wielkim utęsknieniem wypatrywałam swoich 18-stych urodzin, a teraz sama nie mogę pojąć, że ten najlepszy okres w życiu już jest ze mną.

Dookoła mnie inne dwudziestki. Niektóre z nich poznałam osobiście, inne podglądam tylko zza szklanego ekranu. A tam, gdzie one, tam i moje porównywanie się. Ktoś zaraz po studiach otworzył świetnie prosperującą firmę, ktoś inny rozkręcił karierę na Instagramie, a jeszcze kolejna osoba zarabia tysiące na swoich e-bookach. A ja?

Cały czas żyłam w przekonaniu, że moje 30-ste urodziny to moment, w którym będę mogła zbierać plony swojej dziesięcioletniej pracy. W końcu to w tym wieku powinnam zwiedzić świat, znaleźć swoją życiową drogę i zarabiać wysokie sumy. Głosik w głowie z każdym dniem krzyczy coraz głośniej, że nic się nie udało.

I ma ten cholernik trochę racji. Nie mam swojego mieszkania i nie zostałam mamą. To może, chociaż kariera zawodowa? Pudło. Od lat próbuję rozwinąć skrzydła w marketingu, a ciągle jestem tą początkującą. Nie lepiej ma się moje tworzenie w Internecie, które nie szczególnie cieszy się zainteresowaniem innych.

Czasem myślę, że warto odpuścić tematy, które nas spalają, ale poddanie się wcale nie jest takie proste. Życie przez lata z określonymi celami staje się pewną strefą komfortu. Opuszczenie jej to ponowne zaczynanie od początku i zmierzenie się z tym, co nieznanie. Wygodniej więc po raz dziesiąty zaczynać od nowa z miejsca, które doskonale się zna. To trochę jak z grą komputerową. Po utracie życia doskonale wiesz, jakie przeszkody spotkasz na danym poziomie. Łatwiej w nieskończoność przegrywać z tym samym bossem, niż włączyć nową rozgrywkę.

Czy moje życie jest złe?

Jest najpiękniejsze. Gdyby przede mną pojawiła się magiczna istota z propozycją spełnienia marzeń, prawdopodobnie bym parsknęła śmiechem. Mam w końcu cudownego męża, psa, dobrą pracę, pełną lodówkę i zdrowie.

Problemem nie jest moje życie i to, jakich wyborów dokonałam. Ten zakrzywiony obraz wynika z oczekiwań, które przyszło mi chłonąć latami.

Latami słyszałam ludzi, którzy wzdychali na myśl, jak szybko wszystko minęło. Straszą oni młodych, że czas jest krótki, że trzeba działać, robić tu i teraz. Zwłaszcza internetowi coache obiecują nam, że po zakupie ich poradnika za jedyne 99,99 zł, nasze życiowa misja zostanie zrealizowana w jeden dzień.

Dopiero kiedy uświadomiłam sobie, że mam czas, ogromna presja ze mnie zeszła. Przez te 9 lat przecież studiowałam, przeprowadzałam się z miasta do miasta, zmieniałam pracę, podejmowałam wiele ważnych decyzji. Na inne rzeczy przyjdzie jeszcze czas. Przecież wraz z 30 urodzinami nie zamkną się przede mną drzwi na bycie rodzicem, podróże, kurs szycia, naukę języka. Nie muszę robić wszystkiego tu i zaraz. Mam całe życie, aby próbować nowych rzeczy, rezygnować z nich i zmieniać zdanie. Czy coś złego się stanie, jeśli jakiś cel osiągnę w wieku 43 lat, a nie 23? Dokładnie – nic.

Racjonalnie wiem, że każdy każdemu zazdrości. O ile nie jest to toksyczna relacja, która wywołuje w nas najgorsze cechy, nie ma wielkiego sensu z tym walczyć. Wystarczy czasem się zatrzymać, wziąć wdech i skupić się na sobie. Ostatnio robię tak nawet kilka razy dziennie, ale może nieubłaganie zbliżająca się okrągła liczba w moim dowodzie, sprawia, że pewne refleksje będą pojawiać się ze zdwojoną siłą.

Droga do określonych celów nigdy nie jest wygodna. Czasem musi nas coś uwierać, pomęczyć i zniechęcić. Ważne jednak, żeby nie narzucać sobie realizacji czegoś natychmiast. Jednak jeśli widzimy, że w drodze do naszych marzeń zostawiamy za sobą pył i zgliszcza, a sami ledwo łapiemy oddech – lepiej zwolnić.

Biorę więc wdech i ze spokojem patrzę na moją piękną dwudziestoletnią wersję siebie.